poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Koniec wakacji!? To nie tu...

Hej kochani!

Dzisiaj chciałabym się zająć tematem studiów i wakacji. Ale ze względu na to, że tak na prawdę nie mam pojęcia o czym chcielibyście poczytać mam do Was prośbę. Napiszcie mi czego chcielibyście się dowiedzieć o studiowaniu, a ja w następnym poście postaram się odpowiedzieć na Wasze pytania :).

To o czym chcę napisać to wakacje.
W tym roku były dla mnie przez moment dość intensywne. Byłam w Niemczech, gdzie miałam odpocząć, a w większości byłam albo zmęczona albo chora z gorączką. W Polsce mogłam odpocząć. W tygodniu odpoczywałam w domu, a w weekendy jeździłam z Jackiem w różne miejsca. O tym zrobię oddzielny post. Tu macie przedsmak:

Zdjęcie, które wykonał Jacek Placek <3




Studenci nie mają rozpoczęcia i zakończenia roku. Po zdaniu sesji letniej i oddaniu indeksu do dziekanatu mamy już wakacje! Trwają one do 1 października. Więc około 3 miesięcy wolnego! Ja w tym roku zdałam wszystko w zerowych terminach i miałam wolne już od początku czerwca. Tylko jeden egzamin musiałam napisać 25 czerwca. Miałam więc i wolne i czas aby się do niego przygotować :).
Ale to, że zaczynam zajęcia od października nie znaczy, że mam jeszcze miesiąc wakacji. Na każdym kierunku studiów, student musi iść na praktykę. I ta przypada mi właśnie teraz - we wrześniu. Dopiero za kilka dni będę wiedziała w jakie dni i ile godzin będę spędzała w przedszkolu. A zostaje jeszcze szkoła podstawowa!
Wrzesień więc będzie dla mnie miesiącem wakacyjno-naukowym. Wyjaśniam dlaczego. Praca z dziećmi to dla mnie przyjemność, ale spodziewam się też, że czeka mnie dużo nauki praktycznej. I jestem pewna, że nie będę spędzała tam całych dni od 7 do 16.

Nie mogę się doczekać spędzania czasu w murach przedszkola, a później szkoły. Chcę się nauczyć jak uczyć!


Zadawajcie mi proszę pytania, chętnie na nie odpowiem.
Czekam przede wszystkim na te dotyczące studiów, ale zachęcam też do pytań do Q&A.


piątek, 28 sierpnia 2015

Bo myśleć trzeba umieć - filmy i istny chaos

Hej, hej, no hej.

Dzisiaj nie będzie nic ciekawego, więc już możecie kliknąć ten szary tudzież czerwony X w prawym górnym rogu. Ostatnio wiele oglądam, seriali i filmów. Ba! Byłam nawet w kinie. 3 razy.
Jak wiecie jestem studentką pedagogiki, za rok będę miała obronę licencjatu. Jeśli się obronię będę mogła dumnie nazywać siebie nauczycielką. Boję się tego momentu. Boję się dorosłości, płacenia rachunków, samodzielnego życia. A w końcu tytuł (być może niezbyt wielki, ale jednak) licencjata to już coś. To skończenie studiów pierwszego stopnia, wejście wielkim krokiem w dorosłość. To kolejny krok, a jak dla mnie miałam ich już wiele. Bo w końcu osiemnaste urodziny, później zdobycie prawa jazdy, zdanie matury, dostanie się na studia - to były małe kroczki ku dorosłości. Już od kilku lat sama o sobie decyduje. Ale wciąż mieszkam z rodzicami i napawa mnie strachem myśl, że niedługo to się zmieni. Za mniej więcej rok przeprowadzę się do wielkiego miasta, jakim jest stolica Naszego pięknego kraju. Za rok rozpocznę kolejne studia, tym razem magisterskie. Za kolejne 3 lata będę musiała obronić siebie, mój kolejny tytuł. I strasznie się tego boję. Jestem wręcz przerażona. Bo nie tak dawno temu chodziłam do szkoły, z której odbierali mnie rodzice. Nosiłam piórnik i książki. Beztrosko biegałam po podwórku i największym zmartwieniem był sprawdzian z geografii.


Kurcze, nawiązanie do moich studiów miało być tylko nawiązaniem. Bo byłam na bajce "W głowie się nie mieści". I powiem Wam, że była świetna. Dzieciaki z niej mogą się wiele nauczyć. Jest przede wszystkim o dorastaniu, uczuciach, o błędach, które popełniamy. Cieszy mnie to kiedy oglądam bajkę animowaną i widzę w niej drugie dno, przesłanie. I wiem wtedy, że dziecko, które również ją ogląda nieświadomie uczy się wielu rzeczy.


Kolejnym filmem był "Naznaczony: rozdział 3". I po raz kolejny nie zawiodłam się na tej serii. Ale nie będę się nad nim rozwodzić jakość szczególnie.


Woody Allen jest moim (dosłownie) bogiem filmowym. Uwielbiam jego filmy, mogę je oglądać bez przerwy, z całym tekturowym pudełkiem popcornu na kolanach. "Nieracjonalny mężczyzna" to film, który zasługuje na oddzielny post. Ale nie zrobię tego, bo chcę, żeby filmy siedziały w jednym miejscu, zaraz obok siebie. Wracając do filmu - genialny, boski, zaskakujący, idealny. To cztery słowa, które doskonale do opisują. Ważne jest dla mnie nie to co widzę na ekranie, nie to czy mnie film bawi czy zasmuca, ale to co po nim czuję. To ile czasu mi potrzeba abym ten film przetrawiła. Z sali kinowej wyszłam lekko w szoku, bo zakończenie było niesamowicie nie do przewidzenia. A to co czułam to cała gama emocji. Byłam rozbawiona, wstrząśnięta, smutna, wszystko na raz.


Wybaczcie ten chaos. W sumie ten post jest o niczym. Naszło mnie na pisanie byle czego.
Później będzie lepiej. Bo zawsze jest tylko lepiej.


PS. Co zauważył Jacek - Emma Stone robi zeza kiedy się złości.

sobota, 22 sierpnia 2015

Niemcy #3 - recykling i czyste ulice

Hej Kochani!

Może niektóre rzeczy, które piszę o naszych zachodnich sąsiadach są dla Was oczywiste, ale wierzę, że jest część osób, które nie wiedzą o takich sprawach. Dziś chciałam się skupić na dbaniu o środowisko w Niemczech. I nie mówię tu tylko o tym jak zadbane są miasta. Bo pomijając zieleń, która jest dosłownie wszędzie, niemcy mają świetny sposób na zachęcanie ludzi do segregowania plastików/puszek.

Każda butelka czy puszka, która ma znaczek jak na nestea poniżej, może być wykorzystana ponownie.


W każdym supermarkecie są takie maszyny, które widzicie na zdjęciu niżej.



Butelkę wkładamy do maszyny, ona znika nam szybko z oczu.




Naciskamy zielony guzik.


I dostajemy karteczkę, na której widzimy ile była warta ta butelka.



Pieniądze z karteczki możemy wydać w sklepie, w którym maszyna się znajduje. Moim zdaniem to świetny pomysł. Po pierwsze - dbamy o środowisko, a po drugie - nie mamy problemu z odpadami walającymi się po ulicy. I z drugiej strony - przykładowo bezdomni mogą zbierać butelki i puszki, a zdobyte pieniądze mogą wydać w sklepie. Wiem, że w Polsce bezdomni też zbierają takie rzeczy, ale bądźmy szczerzy. 25 centów za jedną butelkę to nie to samo co zbieranie lekkiego aluminium, za które możemy dostać dosłownie grosze.

Czas na kilka zdjęć zadbanych ulic :).





Jak myślicie, taki sposób sprawdziłby się u nas w Polsce?
Dzięki za wszystkie wejścia i komentarze. Motywują mnie do dalszego pisania!


PS. Ręka mojej babci była modelem na zdjęciach :D.

czwartek, 13 sierpnia 2015

LBA - odpowiadam!

Hej Kochani!

Zostałam nominowana do LBA, o którym "słyszałam" (czytałam pierwszy raz w życiu). Aż głupio się przyznawać, co?! Ale już wiem o co chodzi, spokojnie, spokojnie :).
Osoba, która mnie nominowała - www.nastriala.blogspot.com , której serdecznie za to dziękuję!

1.Czego żałujesz w życiu ?
Żałuję chyba tego, że nie uczyłam się dobrze w poprzednich etapach nauki. Nie przywiązywałam zbyt dużej wagi ani do ocen, ani do tego co zostanie mi w głowie po zakończeniu obowiązkowej edukacji. A szkoda, bo im człowiek starszy, tym trudniej mu się uczyć. Poza tym żałuję, że nie uczyłam się większej ilości języków. Mój angielski jest dość dobry, niemiecki z kolei, którego uczyłam się w szkołach zupełnie mi nie idzie.


2.Masz do dyspozycji 3 życzenia. Czego sobie zażyczysz ?
Dobrej pracy w zawodzie po studiach, cudownej rodziny, którą założę i zdrowia dla moich bliskich.

3.Pierwsza rzecz jaką robisz po wstaniu z łóżka ?
Myślę "Boże, dlaczego?!". A tak na serio - patrzę na zegarek, który stoi na szafce nocnej i obliczam ile czasu zostało mi do pójścia spać!


4.Jaki jest Twój największy strach?
Boję się samolotów, ale nie jakoś panicznie. Boję się łapania za szyję i nie mam pojęcia skąd to się wzięło. Ale najbardziej boję się utraty osób, które kocham.

5.Co spowodowało, że zaczęłaś pisać bloga?
Kiedy założyłam bloga zaczynałam coś nowego - zajęcia z ceramiki. Chciałam się tym dzielić z innymi. Przyszedł mi też do głowy pomysł pisania o tym co kocham, czyli o Tunezji, moim życiu, zakupach i tych wszystkich pierdołach, które widzicie w moich postach.


6.Kino czy teatr ?
Muszę wybierać? Kocham kino, tę atmosferę, zapach popcornu unoszący się wszędzie. Teatr uwielbiam, bo czuję się jakbym była jednym z bohaterów danego spektaklu, jakbym podglądała innych przez dziurę w płocie. Nie jestem w stanie więc wybrać.

7.Co najbardziej podoba Ci się w blogowaniu ?
Możliwość wyrażenia i pokazania siebie innym. Podoba mi się to, że mogę być sobą, pisać o czym chcę, dodawać co chcę, a nikt mi nic nie narzuca.


8.Jak uważasz, jak spostrzegają Cię inni?
Myślę, że z reguły ludzie mnie lubią, jestem zawsze miła dla wszystkich. Poza tym mogą uważać mnie za dość rozgadaną, choć nieśmiałą osobę.

9.Co cenisz w ludziach ?
Szczerość, oddanie, pomoc. Te cechy są dla mnie bardzo ważne. Nienawidzę kłamstw, egoizmu i bycia ślepym na krzywdę innych. Sama myślę, że jestem osobą bezinteresowną i szczerą. Potrafię się poświęcić dla innych i to samo cenię w ludziach.


10.Ile czasu dziennie spędzasz przed komputerem?
To zależy od dnia i sytuacji. W czasie roku akademickiego przed komputerem jestem przede wszystkim w celach edukacyjnych. W wakacje potrafię siedzieć cały dzień i oglądać seriale.

11.Bez czego nie wyjdziesz z domu ?
Bez kluczyków do auta i domu, portfela, telefonu i... gazu pieprzowego. Jeśli miałabym wyjaśnić dlaczego tak. Klucze biorę zawsze, bo zazwyczaj nie wiem, o której godzinie wrócę, a nie chcę nigdy obudzić moich rodziców. Portfel - mam w nim wszystkie dokumenty, więc w razie kontroli policji mam przy sobie prawo jazdy, w razie jakbym chciała kupić piwo - mam dowód. Telefon - nigdy nie wiadomo co może się zdarzyć. Co jeśli ktoś straci przy nas przytomność, a my nie będziemy mogli zadzwonić na pogotowie? Gaz pieprzowy - czasem zdarza się, że muszę przejść gdzieś w nocy. Czuję się bezpieczniej z samą świadomością trzymania go pod ręką, na świecie jest wielu wariatów :).



Zapoznałam się z zasadami, ale nie będę nikogo nominować. Nie jestem zwolennikiem takich zabaw prawdę mówiąc. Poza tym, nie mam pojęcia kogo bym mogła nominować i jakie mogłabym zadać pytania. Nie miejcie mi tego za złe :D!

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Niemcy #2 - Kupowanie niemieckiej karty SIM, niemiecki numer

Hej Mordki!

Będąc w Niemczech chciałam sobie kupić niemiecką kartę, żeby mieć internet i dzwonić do babci, ale nie wydawać na to zbyt dużo pieniędzy. Mój kuzyn wybrał dla mnie sieć i kupił kartę. Kosztowało mnie to 10€. Ale to nie koniec przygody.


Kupowanie i rejestracja (!).
Opakowanie typowe dla normalnego opakowania na kartę sim.


W środku, poza kartą sim, znajduje się instrukcja, gdzie możemy znaleźć najbardziej potrzebne informacje.


Co ciekawe jest nawet po polsku! :)


Okazuje się, że w Niemczech trzeba się zarejestrować zanim aktywuje się numer. Co to oznacza? W Polsce kiedy kupujemy sobie nową kartę wystarczy, że wykonamy pierwsze połączenie i telefon już działa. Numer nie jest do nikogo przypisany. U naszych sąsiadów z kolei po kupieniu karty trzeba się zarejestrować dzwoniąc na numer operatora. Trzeba wtedy podać swoje dane osobowe, czyli imię, nazwisko i miejsce zameldowania. To bardzo mnie zaskoczyło. Z tego względu, że jestem zameldowana w Polsce, mój kuzyn zarejestrował numer na siebie. Można mieć tyle numerów ile się chce, ale co z ochroną danych osobowych? Po co im mój adres?

Koszty.
Kolejna sprawa to ceny. Jak już wcześniej napisałam zapłaciłam 10€ za samą kartę. Doładowania zaczynają się też od 10€. Czyli przeliczając na złotówki jest to około 40 zł! Kupa kasy.
Internet.
Internet też nie należy do najtańszych. W sieci, którą wybrałam mogłam sobie wykupić pakiet internetu.  I ceny są różne w zależności od ilości transferu. Za 1 GB zapłaciłam 10€. Nie wiem co oni mają z tymi dziesiątkami. Ale muszę przyznać, pakiet starczył mi na 2 tygodnie korzystania i jeszcze mi został.
Ceny połączeń.
Tym byłam bardzo zaskoczona! Rozmowy czy to do Niemiec czy Polski były tyle samo płatne - 10 centów za minutę. Mogłam więc gadać i gadać i nie wykorzystałam do końca pieniędzy z konta.

Posiadanie niemieckiego numeru nie należy do najtańszych zakupów, zwłaszcza kiedy przeliczamy to na złotówki. Ale nie jest tak drogo jakby mogło się wydawać. Samo dzwonienie za granicę nie przynosi nam zbyt dużych kosztów.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Solo Act, Czesław, koncert

Hej Kochani!

Ten post jest totalnie nieplanowany, ale nie to się tu liczy. Jak wiecie UWIELBIAM Czesława Mozila. Pisałam o tym kiedy wspominałam o moich ulubionych muzykach. I właśnie, kilkanaście minut temu wróciłam z koncertu. Jestem przeszczęśliwa. Świetna atmosfera, dość prywatna. Koncert był na tylko 100 osób, więc czułam się jakby Czesław mówił tylko do mnie i moich rodziców. To nie był zwykły koncert. Było więcej mówienia niż grania i to mi się bardzo podobało.
"Muzykę macie na płytach!" - tak artysta rozpoczął swój występ. I całkowicie się zgadzam!


Czesław wyjaśniał skąd co się wzięło, mówił o swoim życiu, emigracji. Jak sam powiedział była to całkowita spowiedź. A śmiechu było co nie miara. Nigdy, powtarzam nigdy nie byłam na tak świetnym, zabawnym koncercie.

Rozmawiał z publicznością, widać, że większość jego wypowiedzi nie była planowana. Wszystko było spontaniczne, pod wpływem chwili i to było niesamowite. Zostaliśmy poczęstowani żelkami Haribo, dowiedzieliśmy się tylu rzeczy o nim. Po prostu super!

Co mnie rozbawiło, barmanka zmierzała do wyjścia, Czesław przerwał swoją wypowiedź, spojrzał na nią i powiedział "Wychodzisz? Ale wrócisz?". Nigdy nie spotkałam się z tak zabawnym człowiekiem na scenie. Kabarety nie dorastają mu do pięt!

Po koncercie, ja jak to ja, poszłam po autograf. Wyszły z tego aż 3 :D. A aktualnie brakuje mi tylko 2 płyt. Ale kto by się tym przejmował w tej chwili!



I wiecie co? Moim marzeniem było zrobić sobie zdjęcie z Czesławem, stanąć obok niego, uśmiechnąć się do aparatu, poczuć flesz na twarzy. I to marzenie dziś się spełniło! Kolejne marzenie mogę odhaczyć z mojej "listy marzeń" w głowie.


Wyszłam jak nie wiem co i wiem o tym. Nie mam oczu, mój uśmiech dosłownie rozrywa mi twarz, ale jestem tak szczęśliwa, tak niesamowicie szczęśliwa, że nie obchodzi mnie nawet to jak wyszłam!

Teraz jestem w domu, siedzę w fotelu i zastanawiam się jak to szybko minęło. Dlaczego tak szybko!? W sumie to nie siedzę, tylko skaczę w miejscu z radości. Biegam po domu jak dzieciak, piszczę jak nastolatka. W klubie trzeba było zachowywać się jak na wiek przystało. Teraz w domu, to co czuję jest nie do opisania. Założę się, że kolejny raz będę się tak czuła tylko kilka razy w życiu. Przy oświadczynach, ślubie, dziecku. Tak. Dzisiejszy wieczór jest tak samo ważny jak te wydarzenia. Normalnie piszę jak wariatka, hahaha :D. Musicie mi to wybaczyć!

Ten post jest całkowicie chaotyczny, nie ma generalnie sensu. Nie ma w nim logiki. Ale jestem tak szczęśliwa, że nie mam nawet ochoty poprawiać błędów, które widzę.

Marzenia się spełniają,
a ja jestem dziś tego idealnym przykładem.

PS. Edycja dnia następnego,
Emocje ani trochę nie opadły. Nadal żyję koncertem, zdjęciami, autografami i nie mogę się nadziwić jak bardzo sprawił mi ten wieczór radość. Jednak muszę to napisać - ten post nie nadaje się do niczego, jest taki... taki przepełniony optymizmem, a mój "talent literacki" zgubił się w drodze na solo act. Ale trudno. Poza tym, jak mogę przestać myśleć o wczorajszym wydarzeniu kiedy jestem na zdjęciu u Czesława na facebooku?! No jak! I muszę się pochwalić, tak jak chwaliłam się wczoraj:


Tak, ukradłam to zdjęcie i wcale nie jest mi wstyd! Tam podświetlona, to ja. A obok moja ukochana mama, po prawej natomiast stronie (już nie podświetlony) to mój tata! Co za radość ;D!

niedziela, 2 sierpnia 2015

Niemcy #1 - pierogi według mojej babci

Hej Mordki!

Na wstępnie chciałabym Wam powiedzieć, że wróciłam z moich wakacji w Niemczech. Będąc tam przygotowałam sobie kilka postów dla Was, o tym co mnie po raz kolejny zaskoczyło w tym kraju, co mi się podoba, a co nie.

Dzisiejszy post, w którym będzie przepis na pierogi, będzie moim pierwszym takiego typu wpisem. Więc wybaczcie mi proszę wszelkie niedociągnięcia.


Moja babcia bardzo lubi gotować, czyli jestem jej całkowitym przeciwieństwem - jestem w stanie zepsuć jajecznicę. Jednak wiele radości przyniosło mi wspólne gotowanie z nią. I mam nadzieję, że jeśli ten post Wam się spodoba, uda mi się podać Wam więcej przepisów na domowe jedzenie :).

Zrobiłyśmy pierogi ruskie i pierogi z borówkami. I jedne i drugie wyszły bardzo dobrze! Byłam zdziwiona, bo kiedy ja gotuję zazwyczaj nic nie smakuje zbyt dobrze :)

Czego potrzebujemy?

Na ciasto: mąka + przegotowana woda + zimna woda
Farsz do ruskich: Twaróg + ugotowane ziemniaki (babcia kazała koniecznie napisać, ,że najlepsze są te stare) + zasmażana cebulka
Farsz do borówek: borówki obsypane mąką ziemniaczaną



Po kolei...
1. Mieszamy mąkę z przegotowaną wodą, dodając do niej zimnej wody.
2. Kiedy wyrobimy ciasto, odstawiamy je na 10-15 minut, żeby "sobie odpoczęło i przygotowało się do roboty" - słowa babci :D


3. Dzielimy ciasto na kilka części. Z każdej części formujemy wałek i ucinamy z niego niewielkie fragmenty.


4. Te małe kawałeczki rozwałkowujemy.



5. Nakładamy łyżeczką farsz i sklejamy pierożki. Te już zrobione przykrywamy czymś, najlepiej ściereczką, żeby nie wysychały.



6. Gotowe sklejone pierogi wrzucamy do wrzącej wody na 3-5 minut.


7. Wyjęte z wody pierogi płuczemy w zimnej wodze. ("Żeby się nie sklejały", po włożeniu ich do miski można je oblać niewielką ilością tłuszczu, na przykład tego z zasmażanej cebulki i skwarek. Również po to, żeby się nie sklejały)



Iiiii gotowe!



Okazuje się, że nie jestem dobra w podawaniu przepisów. Nie mam pojęcia jakie są proporcje na ciasto, bo zapomniałam sobie zapisać. W mojej głowie ten post wyglądał o wiele lepiej.

PS. Niektóre zdjęcia mogą być nieostre lub poruszone, za co Was przepraszam. Mój aparat jest dość wiekowy.