sobota, 4 kwietnia 2015

Tunezja #6 - kilka ciekawych zdarzeń 2/3

Hej Mordki!

Miało być dziś o miejscach wartych zwiedzania, ale mam takiego lenia przez święta, że nieeee. Tak bardzo mi się nie chce, więc opiszę Wam kolejne 3 zdarzenia :-).

Na początku muszę napisać, że w końcu zeskanowałam kilka zdjęć na potrzeby tego posta. Więc proszę się nie dziwić, że wstawiam zdjęcia jakiegoś dziecka - to ja! Tylko kilka ładnych lat wcześniej. Ciekawe czy widać podobieństwo?
Opisane rzeczy wydarzyły się podczas mojego pierwszego wyjazdu. Zdjęcia tylko w 1. są z tamtego roku, reszta - kolejne wyjazdy. Niestety, zdjęcia mam tylko w albumie i nie jest ich zbyt wiele.

1. Fabryka dywanów.

Podczas pierwszego wyjazdu do Tunezji odwiedziłam z rodzicami fabrykę dywanów. Fabryka kojarzyła mi się wtedy z maszynami, a nie ludźmi. A tam kobiety siedziały na poduszkach, przed sobą miały "coś" i zwyczajnie "dziergały" rękami dywany. Coś niesamowitego. Nasza wycieczka zatrzymała się przy pewnej kobiecie, przewodnik opowiadał jak się to robi, ona coś mówiła, on tłumaczył. W pewnym momencie pokazała na mnie. Chciała, żebym do niej podeszła, więc zrobiłam to. I miałam swój malutki udział w tworzeniu dywanu! Przeżycie świetne, do dziś pamiętam węzeł jaki się robi. Niesamowite jest to, że jedna kobieta robi ogromny dywan, którego wymiary są niesamowicie duże.


 Jak już mój cały wkład się skończył, pani odcięła fragmenty wełny. Pomarańczowy i biały - widać tę wełnę na zdjęciach. Poprosiła, żebym podała jej rękę, zawiązała mi je na nadgarstku. Nosiłam je przez kilka lat, nigdy nie zdejmowałam. Ale przez czas, ciągłe mycie, wycieranie, wełna po prostu się zerwała i zgubiła.

2. Przejście dla pieszych.


Tak jak pisałam w którymś z poprzednich postów - przepisy ruchu drogowego istnieją. Nie są jednak przestrzegane. Dotyczy to i jazdy, i przechodzenia przez przejścia dla pieszych. Pojechaliśmy z rodzicami sami do jakiegoś miasta (niestety nie pamiętam do jakiego) i chcąc nie chcąc musieliśmy kiedyś przejść przez ulicę. Stanęliśmy przy pasach, pojawia się zielone światło dla pieszych, czerwone dla pojazdów. I co? I nic, każdy jedzie jak jechał. Nikt nie zwraca uwagi na to, że chcemy przejść, że pali się czerwone światło, nic. Zauważył nas policjant. Jedyne co zrobił to uśmiechnął się do nas i postawił nogę na jezdni. To wystarczyło. Każdy samochód z piskiem opon się zatrzymał. Nikt nie odważył się ruszyć, dopóki nie przeszliśmy całych pasów, a policjant nie zabrał nogi z jezdni. Gdyby nie on nigdy byśmy nie przeszli przez pasy. :-)


3. Kairuan i natarczywy Arab.


To, że tunezyjczycy potrafią być natarczywi już wiecie. Ale ten był jednym z najbardziej narzucających się gości jakiego spotkałam w życiu. Byliśmy w Kairuan na "samodzielnej" wycieczce (tak jak w poprzedniej historii). Zboczyliśmy z drogi, którą turyści zazwyczaj przemierzają. Chcieliśmy zobaczyć prawdziwą Tunezję, tę nieturystyczną. I zobaczyliśmy. Pewien arab zobaczył nas, zaczął mówić, że on nas oprowadzi po mieście, pokaże fajne zabytki. Za nic w świecie nie chciał od nas odejść. Szedł za nami niezły kawałek drogi, kiedy podjechała policja. Strach w jego oczach jest nie do zapomnienia. Policjant grzecznie się ukłonił do nas, a mężczyznę zapakował do radiowozu. Mieliśmy już spokój i mogliśmy dalej podziwiać prawdziwe afrykańskie miasto.


                                                                                                                              

Posty Tunezyjskie:

                                                                                                                              

Poza tym, życzę Wam wesołych Świąt Wielkanocnych spędzonych w gronie najbliższych, smacznego jajka, odpoczynku i bardzo mokrego Śmigusa Dyngusa! :-)

Do napisania!


11 komentarzy:

  1. Jaka cudowna relacja, naprawdę bardzo wczułam się w opowieść :) Świetne zdjęcia, to musiało być super przeżycie :)
    http://sloiczeknutelli.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tymi przejściami dla pieszych to masakra, pamiętam kiedy byłam w Tunezji, pewnego razu nie mogliśmy przejść przez jezdnię z rodzicami, staliśmy tak naprawdę długo.
    Wesołych Świąt Wielkiejnocy! ;)
    http://to-moimzdaniem.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Nic sie nie zmieniłaś, nadal taki słodziak jak na 1 zdj :)
    P.S. Czytałem wcześniejszego posta, czekam na filmik.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak ja lubię te posty :D
    Ja też miałam taki swój "talizman", który nosiłam przez cztery lata bez przerwy. Pierścionek od mamy, niby nic, ale był dla mnie najcenniejszy na świecie. Miał to być dowód, że moja mama mnie kocha, a ja ją. Niestety, pewnego dnia zginął. Płakałam przez dwa tygodnie, choć mama oferowała pięćdziesiąt innych pierścionków, za 100, 200 zł to ja chciałam ten MÓJ, za 10, czy tam 15zł. I teraz nie mam żadnego "talizmanu".
    O matko, bałabym się chodzić po ulicy, chodniku w Tunezji ;) Ale przynajmniej "psy" tam mają miłe. :D
    Natarczywy arab, masakra. ;-;
    sage-servant1.blogspot.com <-- zapraszam.♥

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale suuper ! :3
    paperlifex33.blogspot.com wspolna obs ? zacznij i daj znac

    OdpowiedzUsuń
  6. O matko, jaki słodziak!
    To widzę, że przepisów drogowych przestrzegają Tunezyjczycy równie mocno jak Kreteńczycy :D
    Podziwiać prawdziwe miasta i to z taką przygodą? Chyba zeszłabym na zawał serca :(
    http://dziennik-miedzymiastowy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. bardzo fajny post. Wspólna obs? Odpowiedź napisz u mnie na blogu. http://loveemyydreeam.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. Chciałabym udać się do fabryki dywanów :)

    matrelsy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie miałam okazji być w Tunezji. Obserwuję i liczę na rewanż. Pozdrawiam jusinx.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Mieć taki PRAWDZIWY dywan, utkany ludzkimi rękami, to musi być świetne uczucie ;) Rękodzieła zawsze przewyższą wartością produkty fabryczne, bo jest w nich cząstka człowieka, który je wykonał ;)
    P.S. A natręta bym się bała i uciekała czym prędzej na pewno! ;)

    Pozdrawiam,
    Anna

    OdpowiedzUsuń