sobota, 28 marca 2015

Tunezja #5 - kilka ciekawych zdarzeń 1/3

Hej Mordki!
Jak widzicie dziś post o Tunezji. Zauważyłam, że lubicie je bardziej niż inne :-). I jak możecie zauważyć jest to pierwsza z trzech części. Po prostu nie chcę, żeby ten post był za długi, a wydaje mi się, że jeśli będzie rozbity na trzy to więcej osób przeczyta :-). Poza tym jak powiedziałam mamie o tym poście to nakrzyczała na mnie (oczywiście w żartach), że wypiszę wszystkie sytuacje i już nie będę miała o czym pisać. Dziękuję Mamo, miałaś rację! (I wiem, że czytasz ;-*)

Sytuacje, które będę opisywać mogą:
a) rozbawić, ale jak wiadomo każdy ma inne poczucie humoru
b) zdziwić, ale wiadomo, że każdego dziwi wszystko, a innego już nic nie zdziwi
c) rozbawić i zdziwić jednocześnie.
d). ani rozbawić ani zdziwić.

1. Lotnisko i niewielkie opóźnienie


Wyobraźcie sobie, że przyjeżdżacie na nowe lotnisko, oddane do użytku kilka miesięcy wcześniej. I wyobraźcie sobie, że właśnie macie wracać do domu. Zaledwie dwie godziny dzielą Was od wejścia na pokład samolotu. Wychodzicie, wszyscy na lotnisku oczywiście są niesamowicie mili, pomocni. Cała grupa z mojego samolotu zbiera się przy bramce na odprawie. Wszystko idzie jak po maśle. Widzimy za oknem nasz samolot. Ale, ale. Nie było tak kolorowo! Na tablicy pojawia się informacja, że nasz lot jest opóźniony o godzinę. Nie wiemy dlaczego, ale wszyscy spokojnie czekają. Co dziwne, inny samolot przed chwilą odleciał. Mija godzina, na tablicy informacja, że opóźnienie zajmie jednak 2 godziny. Sytuacja powtarza się kilka razy, za każdym razem dodają godzinę opóźnienia. Kiedy czas doszedł do 5 godzin dostaliśmy informację, że możemy wchodzić na pokład samolotu. Wszyscy szczęśliwi, że już zaraz będziemy odlatywać, a za dwie godziny wylądujemy w Poznaniu, na naszej ojczystej ziemi. Każdy zajmuje swoje miejsce, czekamy. Dostajemy jedzenie. Czekamy. Po godzinie siedzenia w samolocie obsługa prosi nas o opuszczenie samolotu, nie podają przyczyny. Wszyscy wychodzą, nadchodzi noc. Na lotnisku tylko my, ochrona i obsługa jednego sklepu. Całe szczęście dostaliśmy bony na jedzenie i picie, więc z głodu nie umrzemy. Ale nadal nie wiemy czemu nie lecimy, czemu takie opóźnienie. Mijają godziny, kilka osób zaczęło zastanawiać się co jest grane. Jeden Pan zadzwonił do ambasady, inny do tvn24. Nie wiedzieliśmy przecież nic, poza tym, że mamy czekać. Widzimy samolot, ale nie możemy do niego wejść, nie możemy odlecieć. Zaczęły chodzić plotki, że silniki są popsute, chcą nas wszystkich porwać, na 100% się rozbijemy i wszyscy zginą. Po 10 godzinach człowiek uwierzy we wszystko. Minęło 12 godzin, weszliśmy na pokład, odlecieliśmy. Nie porwali nas, nie umarliśmy. Ale strachu się najadłam za wszystkie czasy. Od tamtej pory boję się samolotów.
Nawet poszukałam linka z tvn24 - proszę (klik)


2. Pizza
Za pierwszym razem kiedy byłam w Tunezji miałam 8 lat. Jak to dziecko uwielbiałam pizzę (nadal ją uwielbiam). W hotelu przy basenie mieliśmy bar (w sumie to nie bar, a wszystko w jednym, kuchnia, alkohole i wszystko :-D), w którym można było ją zamówić. Zamówiliśmy ją i czekamy. Minęło półtorej godziny, a pizzy dalej nie ma. Rodzice zapytali kucharza (bar miał odsłoniętą kuchnię, więc wszystko widzieliśmy) dlaczego jeszcze nie dostałam mojego jedzenia, on złapał się za głowę. Zapomniał o niej, wyciągnął zwęglone coś z pieca, coś co niczym pizzy nie przypominało. Przeprosił i zabrał się za robienie kolejnej. Obserwowałam cały czas piec, patrzę, wyciągają moje upragnione danie. I nagle pizza spada. Wtedy mi do śmiechu nie było, ale teraz jak o tym myślę mam dosłownie łzy w oczach. Ja załamana, mówię o tym tacie. Pan przychodzi do nas, przeprasza jeszcze bardziej niż wcześniej i mówi, że kolejną dostanę na 100%. Trzecia i czwarta pizza wyszły wyśmienicie. Jedną dostałam w gratisie za tak długie czekanie. Można? Można! Wystarczy być miłym :-)

3. Przyjaźń


Będąc w Tunezji zawsze się z kimś zaprzyjaźniałam. Za pierwszym razem z jakąś dziewczynką, za drugim miałam "kolegów z plaży" - Heitem - tylko to imię zapamiętałam. Wszystkie znajomości kończyły się wraz z moim wylotem do kraju. Ale nie ta. Za trzecim razem byłam w pięknym hotelu. Można w nim było kupić hotelowe koszulki z imieniem, nadrukiem i innymi bajerami. Oczywiście nie mogłam nie zamówić! Wieczorem można było ją odebrać kiedy w amfiteatrze odbywały się animacje. Stoję więc w kolejce po odbiór zamówienia i nagle słyszę, że ktoś coś do mnie mówi.
- Ty też po koszulkę? - słyszę. Nie bardzo wiedziałam co powiedzieć, więc wypaliłam:
-A Ty też z Polski?!
I tak zaczęła się jedna w ważniejszych relacji w moim życiu. Panie i Panowie, oto Daniel:



Od odbioru Naszych koszulek do końca naszych wyjazdów trzymaliśmy się razem. Nasza przyjaźń trwa do dziś, mimo że Daniel mieszkał na drugim końcu Polski, a od roku w Stanach. Ciągle utrzymujemy ze sobą kontakt, choć już nie tak częsty jak wtedy, gdy mieszkał na miejscu. Raz nawet go odwiedziłam!


Prawdziwa przyjaźń nigdy się nie kończy. I nie ważne czy dzieli Nas 777 kilometrów czy 6273. Nieważne czy widzieliśmy się minutę, rok czy cztery lata temu. Zawsze możemy na siebie liczyć. A różnica czasu jest nawet pomocna, bo mogę napisać do niego o godzinie 4 nad ranem, a Daniel na 100% mi odpisze. I w drugą stronę działa to podobnie. Mimo kilometrów wiemy o sobie wszystko, dzielimy się radościami i smutkami, i wiemy, że zawsze możemy się sobie wygadać. 
Bo taka jest przyjaźń.


Za kilka dni post ceramiczny, więc wyczekujcie jeśli Was to interesuje :-)

!وداعا


                                                                                                                                   
Posty Tunezyjskie:

9 komentarzy:

  1. Znalazłem :) Jak komentującego nie znam i nie podaje linku, to zaglądam na jego profil.

    No to moc wrażeń jak widzę. Nie wyobrażam sobie, żebym ja miał czekać tyle na samolot. Na pewno bym wytrzymał, bo nie miałbym innego wyjścia, ale nastepnym razem po prostu wsiadłbym pewnie we własny samochód.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do Tunezji ciężko samochodem. Nie dość, że trzeba Europę przejechać to i pół Afryki północnej... A takie czekanie tylko raz mi się zdarzyło, dzięki Bogu!

      Cieszę się, że jednak znalazłeś. Byłam ciekawa :-)

      Usuń
  2. O masakra, tyle czekać? Ja bym chyba zaczęła czuć się jak w horrorze, podejrzewałabym porwanie itp. Nie wiem, co bym zrobiła.. ;/ Brr. ><
    Pizza <3
    O, fajna taka przyjaźń, genialnie ją opisujesz. ;)
    sage-servant1.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Współczuję tej przygody z samolotem, ja zeszłabym na miejscu. Raz tylko przetrzymali nas godzinę w samolocie, nie mówiąc o co chodzi, a ja myślałam, że umrzemy jak nic. Ale 10 godzin takiej zabawy? Nieee, to nie na moje nerwy :P
    Skąd ja znam to czekanie na pizze! W tym roku w Chicago również czekałam na moją dobrą godzinę. Tylko, że to akurat wina zbyt dużych kolejek.
    Przyjaźń - moja najlepsza przyjaciółka mieszka teraz daleko ode mnie, ale od ponad czterech lat udaje nam się utrzymać tę samą relację. Jednak dla prawdziwej przyjaźni nie liczą się kilometry :)
    http://dziennik-miedzymiastowy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla takiej przyjaźni Fiono, nawet i 10 tysięcy kilometrów to nic.
    Dobrze że Cię mam.
    Pamiętaj, jesteś najlepsza.
    Kocham Cię za to że jesteś.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawie to wszystko opisałaś! Trochę musiałaś czekać!
    http://freshisyummy.blogspot.com/2015/03/ghost.html
    https://www.youtube.com/watch?v=yWvZpV55lsE

    OdpowiedzUsuń
  6. To wszystko niezwykle ciekawe! :) Rozbawiła mnie ta historia z pizzą. A takiej fantastycznej przyjaźni tylko pozazdrościć.
    Pozdrawiam :)
    http://cutetodeath.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Prawdziwa przyjaźń przetrwa i najgorsze :) Ja również mam przyjaciółkę tak daleko od siebie, co prawda nie aż tak :) Co do pizzy - druga pizza gratis to plusy i minusy, bo kalorie same się nie spalą, a pizza sama się nie zje hahahah
    Zapraszam do mnie

    OdpowiedzUsuń
  8. Uwielbiam takie posty o krajach i różnych kulturach ^^
    seeanedesu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń